|

Nazywali go Ajwaka Madit, czyli dobry doktor. Na północy Ugandy w ciepłych słowach wspominają włoskiego misjonarza, doktora Giuseppe Ambrosoliego

Dla ludzi pośród których żył o. Giuseppe Ambrosoli był Aczoli. – Dziecko Aczoli, nasz brat, jeden z nas – wspomina włoskiego chirurga-kapłana, o. John Olum z Gulu. 20 listopada 2022 r. w Kalongo na północy Ugandy miała miejsce beatyfikacja zmarłego w 1987 roku misjonarza.

Sędziwy Mzee Opiyo i jego żona Celina Maria, których odwiedzam w chwili, gdy pasterze Karimojong, przepędzają przez wieś swoje krowy, mówią o Ambrosolim „święty”. Mzee z nieskrywanym wzruszeniem wspomina czas, gdy pracował przy misji. Razem z doktorem wstawiali drzwi w szpitalu. Celina zaś wierzy, że do zdrowia powróciła po ciężkiej chorobie dzięki Ambrosoliemu… już po jego śmierci.

„Był naszym lekarzem. Jego duch jest wciąż z nami. Wierzę, że jest w królestwie Boga”.

Wielu starszych mieszkańców Kalongo wspomina z estymą włoskiego misjonarza. Beatyfikacja jaka miała miejsce w Kalongo w listopadzie 2022 to radosna chwila dla ugandyjskiego Kościoła, który sam wydał rodzimych świętych.


Wspominani 3 czerwca Karol Lwanga i Towarzysze, zabici na rozkaz kabaki Mwangi w 1886 r, zostali kanonizowani przez Pawła VI w 1969 r. Z kolei dwóch męczenników Aczoli, nastoletnich Daudiego Okello i Jildo Irwę, zamordowanych w 1912 r., których wspomnienie przypada 18 października, beatyfikował w 2002 r. Jan Paweł II.

 
Gdzie czczono węża
Kalongo odwiedzamy z Davidem Okullu, proboszczem oddalonego o ponad 250 kilometrów
Pabo, gdzie w czasie rebelii Bożej Armii Oporu znajdował się największy w Ugandzie obóz dla uchodźców wewnętrznych. David urodził się w Kalongo w ostatnim roku zbrodniczych rządów Idi Amina. Jako dziecko przyjął chrzest z rąk ojca Ambrosoliego. Rodzina Davida, jak przed laty mieszka w  pokrytej słomianym dachem chacie u podnóża malowniczej góry Oret.

– Dawniej ludzie czcili na górze węża. Przynosili ofiary, prosili o deszcz. I deszcz przychodził.. – żartuje przyjaciel. Dziś mieszkańcy Kalongo to mozaika katolików, protestantów i muzułmanów. Nie brak jednak i tych, co na górze dalej odprawiają swoje gusła.


Kiedy w XIX wieku dotarli tu arabscy handlarze niewolników, nazwali górę Jabulabu. W latach 30-tych XX wieku na pograniczu grup etnicznych Acholi i Karimojong misję założyli kombonianie. Ziemię otrzymali od lokalnego „wodza”, który nazywał się Kalongo. Po jego śmierci, imię szefa wsi przylgnęło i do rozwijającego się miasteczka i do góry. A ta w 1956 r. przyciągnęła świeżo wyświęconego chirurga z włoskiego Ronago, w górskiej prowincji Komo.

Ambrosoli  spędził na misji w Kalongo ponad 30 lat. Zmarł 27 marca 1987 r.  w Lira na północy Ugandy. Nazywali go w lokalnym języku Ajwaka Madit, czyli dobry doktor. To tytuł nadawany tradycyjnym uzdrowicielom, jeszcze zanim na pojawiło się chrześcijaństwo.
Gdy rok po śmierci misjonarza, na cmentarzu u stóp góry, w sąsiedztwie grobu wodza Kalongo, chowano doczesne szczątki kapłana-lekarza, ludzie żegnali go jak swojego – tradycyjnymi śpiewami i tańcem bogatej kultury Aczoli.
 
Masz dobre oczy
„Nazywam się Giuseppe Ambrosoli. Ukończyłem medycynę i moim pragnieniem jest podjąć profesję aby poświęcić się misjom”. Tymi słowami młody Giuseppe latem 1949 r. przedstawił się o. Simonowi Zanoner, przełożonemu kombonianów w Rebbio di Como. Kombonianie dotarli do Ugandy w 1910 r. od strony Sudanu. Rozwijali misje na północy Ugandy. W tym czasie Kościół już od kilkudziesięciu lat rozwijał się na południu, wśród ludu Baganda, poprzez Ojców Białych.


Ambrosoli  pochodził z zamożnej rodziny producentów miodu. O rodzinnych korzeniach nie wspominał zgłaszając się do zakonu. Wyraził natomiast pragnienie służby jako brat i lekarz. O. Zanoner, który sam spędził w Ugandzie ponad 40 lat, odpowiedział mu, iż „absolutnie nie ma żadnych przeszkód” aby pozostał lekarzem jako kapłan. I tak, 1 lutego 1956 r.,ojciec Giuseppe, wsiadł w Wenecji na statek o nieprzypadkowej nazwie „Afryka”, aby ostatecznie dotrzeć do położonego wewnątrz kontynentu Kalongo w Ugandzie.

O doktorze Ambrosolim opowiada mi w Gulu s. Rosemary Nyrumbe. Ta ugandyjska zakonnica, założycielka organizacji „Sewing hope” (Szyjąc nadzieję), ogłoszona przez Times w 2014 r. jedną ze stu najbardziej wpływowych osób świata, za pomoc dziewczętom ofiarom rebelii Bożej Armii Oporu, laureatka nagrody Veritatis Splendor (Kraków, 2016), na początku swej zakonnej drogi pomagała Abrosoliemu w szpitalu w Kalongo. – Bardzo wiele mnie nauczył. Teraz będzie błogosławionym. Gdyby to było w mojej mocy od razu ogłosiłabym go świętym – przyznaje. Kiedyś ją operował. – Byłam przerażona. Powiedziałam: „chcę wody”. Odparł: „Spokojnie, już poszli do rzeki” – wspomina ze śmiechem jego poczucie humoru.

20 paroletnią wtedy s. Rosemary ujmowało oddanie i miłość jaką włoski misjonarz okazywał ludziom. – Jako młoda osoba, wchodząca w życie konsekrowane, uczyłam się od niego tego zaangażowania. Pracował po siedem godzin w szpitalu. Czasem bez jedzenia. Po pracy szedł do kaplicy na modlitwę. I wracał do szpitala.

Przyznaje, że to ojciec Ambrosoli, rozpoznał w niej potencjał, którym dziś ona dzieli się z innymi. – Mówił mi: „Nie poddawaj się siostro. Masz dobre oczy. Będziesz zdolna pomagać ludziom, gdy nauczysz się tego co ci przekazuję. Pewnego dnia będziesz bardzo potrzebna”. W 1986 roku wybuchła wojna na północy Ugandy. Rosemary wróciła do Moyo, pierwszego domu zgromadzenia.


– Prowadziłam centrum zdrowia. Wielu przychodziło z ranami, kulami w ciele. Dzięki doktorowi Ambrosoliemu, miałam doświadczenie na sali operacyjnej. Myślę, że to zszywanie ludzi, stało się początkiem późniejszego „szycia nadziei”. To wszystko zaczęło się od doktora Ambrosoliego – mówi s. Rosemary. Jako pierwsza kobieta Aczoli obroniła w USA doktorat. Pracę poświęciła postkonfliktowej sytuacji kobiet w północnej Ugandzie.
 
Różaniec jak muzyka
Jest fresk na balkonie kościoła w Kalongo. Przedstawia doktora Ambrosoliego trzymającego na rękach dziecko. – Jego życie nie mogłoby być inaczej odmalowane. On żył dla ludzi, nie dla siebie. Była w nim moc, aby kochać. Chciał aby ludzie widzieli Jezusa w tym co robił – mówi siostra.

W Kalongo, na misji spotykam o. Ramona Vargaza. Poznaliśmy się przed laty w Gulu. Ramon impregnował kwiaty w domu zgromadzenia w dzielnicy Laibi. Opowiadał o czasach rebelii. Obecnie mieszka w sąsiedztwie domu doktora Ambrosoliego. Na werandzie namalowany jest pejzaż Ronago.

– Jak widzisz, Giuseppe przyszedł od góry do góry… – Ramon zaprasza do środka. Dom Ambrosoliego to małe miejsce pamięci. Ukazuje prostotę życia misjonarza. Jeden pokój, wąskie, szpitalne łóżko, mała kuchnia. A z kuchni, wejście do schronu. Wybudował go w czasie rebelii, aby ludzie mogli się chronić przed rebeliantami. Ramon pokazuje fartuch lekarski, książki, zapiski, pomniejsze pamiątki. I różaniec. – Mówił, że modlitwa z różańcem jest jak muzyka. Może przez chwilę trwać w myślach, zmartwieniach. Zmienia tylko tło muzyczne, które stopniowo przenika atmosferę i ją przekształca – opisuje barwnie misjonarz. 

„Zdrowaś Maryjo i Tajemnice stają się znajomą i cichą muzyką, która towarzyszy chwilom mojego życia. Nigdy nie brakuje cierpień, które wołają o pomoc, a oto pocieszenie tajemnic boleści. Oto trudna sytuacja, która zajmuje mój umysł, a tło ukazuje zstąpienie Ducha Świętego jako mocy z góry. Wspaniale jest powtarzać dla mnie i dla tak wielu ludzi wezwanie Ojcze nasz: „Niech przyjdzie Twoje Królestwo’”  zapisał ojciec Ambrosoli.  


Był pełen humoru. I bezpośredniości. – W szpitalu ludzie go rozchwytywali. Miał czas dla wszystkich. Uczył nas piosenek. Znał ich wiele – wspomina s. Martha z Pabo. Była jeszcze dzieckiem gdy Ambrosoli przyjechał do Kalongo. Jako nastolatka, w soboty wraz z innymi dziewczętami, sprzątała jego biuro. Ambrosoli operował Marthę. – Kochałam sport. Teraz miałam nie ćwiczyć. A i tak skakałam. I rana się otwarła. Doktor powiedział „Lapele”, czyli „niegrzeczna dziewczyno”. I od tego czasu nazywał mnie Lapele. Nawet gdy już wstąpiłam do zakonu – śmieje się s. Martha. – Jego miłość przyciągała. Ludzie przychodzili do niego z ufnością. On kochał prostotę – dodaje ks. John Olum. Jako dziecko był u o. Ambrossolliego z problemem nawracających krwotoków z nosa. – Każdej nocy prawie krwawiłem. Doktor położył mi rękę na głowie. Poradził. Krwawienia ustały. Jakaś moc w nim była. Kiedy boży człowiek kładzie na tobie rękę czujesz ulgę – mówi otwarcie.
 
To dzięki dobroci Boga
Doktor Augusto Cosulich, który przez trzy lata pracował w Kalongo, u boku Ambrosoliego wspomina: „Był prawdziwym chirurgiem ogólnym, jakiego nie widujemy już we Włoszech. Był w stanie zmieniać się od chirurgii jamy brzusznej po chirurgię urologiczną i ortopedyczną. Celował w położnictwie i ginekologii. Nie wahał się przed operacją oka. Był cierpliwym i doskonałym nauczycielem. Uwielbiał szczerze uczyć wszystkiego, co wiedział, łącznie z tymi „sztuczkami”, które czynią różnicę między normalnym chirurgiem a wielkim chirurgiem, którym był”. 

Szpital w Kalongo, nad którego rozwojem czuwał Ambrosolli  był uważany za wzór do naśladowania. O doktorze kapłanie słyszano w całej Ugandzie, państwach ościennych a nawet w… Indiach. To był czas rozwoju szpitali w Ugandzie. W Angal, Gulu, Kitgum, Aber, Maracha powstawały wg tego samego schematu – najpierw małe ambulatorium, następnie oddział położniczy, centrum formacji lokalnego personelu, w końcu  pełnoprawny szpital. – A wszystkie oczy były skierowane na szpital w Kalongo, uważany za wzór do naśladowania, i na jego głównego lekarza – podpowiada Ramon.

Jest historia o komendancie więzienia w Gulu, który udał się do Kalongo odwiedzić swoją żonę, którą opiekował się ks. Giuseppe. – Czekał na jego przybycie. Dopiero po czasie odkrył, że Ambrosoli, kilka razy przechodził przed nim. Tyle, że wyglądał jak zwykła pielęgniarka lub pomoc domowa, a to nie pasowało do wyobrażeń o wielkim Ajwaka Madit, jak go tu nazywali – śmieje się misjonarz.

W pewnym okresie oprócz o. Giusseppe na misji jeszcze czterech innych kapłanów było lekarzami. Wszyscy oni i personel powtarzali, że „o. Giuseppe jest znakomitym chirurgiem”. Ambrosoli nie przypisał sobie zasług. Jedynie odpowiadał: „To całkowicie dzięki mocy i dobroci Boga”.

Filmujący życie na misji o. Bruno Carollo, który spędził sześć lat z Ambrosolim, wspomina: „Wiele razy dzwonił do mnie na salę operacyjną, aby sfilmować niektóre fragmenty operacji, które wykonywał. Potem kilkakrotnie przeglądał nagranie. Często słyszałem, jak mówił: „Jaki byłem głupcem! Mogłem uniknąć tego przejścia i pójść alternatywną ścieżką”.
 
Patrząc na brata Karola
Był surowy wobec siebie. Już na początku misji, w 1957 r. wyznał, że za mało kocha Ugandyjczyków: „Nie traktuję ich z taką dobroczynnością, jakiej by życzyli i oczekiwali ode mnie, lekarza i misjonarza. Muszę mieć więcej cierpliwości, więcej zrozumienia”. Podczas rekolekcji w 1963 r. zapisał:  „Za dużo sprawiedliwości, a za mało miłosierdzia. Zamierzam również złożyć tę obietnicę: traktować Afrykanów z dużo większą miłością, serdecznością i życzliwością, starając się dostosować do ich mentalności”.

W swojej pracy chirurga był szczególnie wrażliwy na kobiety jako matki. Rozumiał, że w tradycyjnej Afryce życie jest święte. „Miłość i wysiłek Giuseppe w ochronie życia dziecka i matki były wyjątkowe. Wiedział, że życie jest zawsze darem, cudem oddechu. Chwilą nieuwagi, komplikacją i można je utracić. Zawsze było dla niego bolesne, gdy matka umierała po urodzeniu dziecka” – zapisał jeden z jego współbraci. Na ile w jego mocy, chciał, aby ciężarna kobieta rodziła naturalnie, unikając cesarskiego cięcia, które groziło kobiecie porzuceniem przez męża. Doktor Giuseppe Belloni, asystujący Ambrosoliemu w Kalongo, wspomina troskę Ambrosoliego o kondycję kobiet. „Zdołał dogłębnie uchwycić kulturę ludzi, wśród których pracował nawet w delikatnej dziedzinie ginekologii. Kobiety polegały na nim, znając delikatność i absolutny szacunek dla ich intymności, jakim je darzył”. Gdy odwiedzał kobiety, to zawsze w obecności pielęgniarki.

Absolutnie nie chciał poddawać się plotkom. Według doktora Giuliano Rizzardiniego i jego żony: „Ks. Giuseppe miał, zgodnie z tym, co mówi Ewangelia, przejrzystość i czystość dziecka”.  18 sierpnia 1980 r. odkrył brata Karola de Foucauld. Określił to jako swoje drugie nawrócenie. Zaczytany w pismach francuskiego brata „wszystkich ludzi” zapisał: „Muszę kontynuować wysiłek, aby żyć obecnością Jezusa w moim sercu i często zadać sobie pytanie, co zrobiłby On na moim miejscu”. To spotkanie z bratem Karolem, przełożył na swoje motto życiowe, które dziś wypisane jest na jego grobie: „Bóg jest miłością. A ja jestem jego sługą, dla tych którzy cierpią”.

Podobne artykuły