|

I duchy nie pomogą

FLAGA UGANDY; fot. Krzysztof Błażyca

Ponad 70 proc. Ugandyjczyków twierdzi, że bardziej obawia się niestabilności politycznej, niż pragnie szybkich zmian. I to właśnie pragmatyczne pragnienie stabilności – zdaniem niektrórych – wygrywa pełne emocji wybory…

Urzędujący od czterech dekad prezydent Ugandy, 81-letni Yoweri Museveni, wygrał kolejne wybory prezydenckie, rozpoczynając siódmą kadencję i pozostając jednym z najdłużej rządzących przywódców Afryki.


Zgodnie z oficjalnymi wynikami ogłoszonymi 17 stycznia Museveni uzyskał 71,6 proc. głosów. Jego główny rywal, 43-letni Robert Kyagulanyi, znany jako Bobi Wine, który zdobył około 2,7 mln głosów, zakwestionował rezultaty, określając je jako sfałszowane i wzywając obywateli do protestów.

Zwycięstwo Museveniego nie było zaskoczeniem, nigdy dotąd nie przegrał on wyborów organizowanych pod swoimi rządami. Jedyną niewiadomą pozostawała skala wygranej. Pod tym względem tegoroczne wybory okazały się rekordowe, gdyż urzędujący prezydent zwyciężył z największą w swojej historii przewagą. Jak do tego doszło?

Yoweri Museveni, prezydent Ugandy, podczas uroczystości ku czci Męczennków w Namugongo, czerwiec 2024
Yoweri Museveni, prezydent Ugandy, podczas uroczystości ku czci Męczennków w Namugongo, czerwiec 2024; fot. Krzysztof Błażyca

Jak zauważa Daniele Nyirandutiye z USAID Mision Uganda, „obecna rzeczywistość polityczna Ugandy jest wynikiem starannie pielęgnowanego systemu patronażu, stopniowego zawężania przestrzeni obywatelskiej i politycznej oraz rozdrobnionej opozycji, niezdolnej do zjednoczenia się wokół wspólnej wizji”.

Nie jest to zjawisko wyjątkowe dla Ugandy. W całej Afryce byli przywódcy ruchów wyzwoleńczych korzystali z podobnych schematów, aby utrzymać władzę długo po tym, jak ich rewolucyjne zasługi straciły znaczenie. Stąd nie dziwi, że już w okresie przedwyborczym przedstawiciele rządzącego Narodowego Ruchu Oporu (NRM) otwarcie prognozowali wynik sięgający nawet 75 proc. Sam Museveni twierdził, że może zdobyć do 80 proc. poparcia, o ile, jak sam to ujął, jego głosy nie zostaną „skradzione przez opozycję”.

Jednym z kluczowych czynników wpływających na ostateczny rezultat okazała się frekwencja… co ciekawe, najniższa od czasu pierwszych wyborów powszechnych w 1996 roku. Dane pokazują przy tym wyraźne kontrasty regionalne, ściśle powiązane z poziomem poparcia dla poszczególnych kandydatów.

W Ankole, rodzinnym regionie Museveniego, frekwencja wyniosła 73 proc. Z kolei w regionach opozycyjnych, takich jak Buganda i Busoga, oscylowała wokół niskich lub średnich 40 proc. W Kampali – liczącej około 1,5 mln wyborców i stanowiącej kluczową bazę opozycji – do urn poszło zaledwie 28 proc. uprawnionych.

Dysproporcje te pogłębiły również ograniczone godziny głosowania. Misja obserwacyjna Unii Afrykańskiej odnotowała w swoim wstępnym raporcie, że „niektóre lokale wyborcze” zamykano już o godz. 16.00, mimo dyrektywy Komisji Wyborczej przedłużającej głosowanie o dodatkową godzinę.

Dla Wine’a niski poziom frekwencji to jeden z rzekomych dowodów fałszerstw wyborczych. W mediach społecznościowych publikował nagrania, na których – jak twierdził – widać nadpisywanie i dokładanie kart wyborczych. Jego zdaniem bez manipulacji nawet połowa zarejestrowanych wyborców nie wzięłaby udziału w głosowaniu.

Zarzuty te odrzucił Emmanuel Dombo, dyrektor ds. komunikacji NRM, określając je jako spekulacje pozbawione dowodów. Z kolei Szef Sił Obronnych Ugandy, a zarazem syn prezydenta, stwierdził, że nagrania pokazujące osoby zaznaczające karty wyborcze to „zdesperowani zwolennicy Wine’a, których misja jest powszechnie znana”, dodając, że nawet „przy pomocy duchów” nie wniosą tych kart do lokali wyborczych.

Również obserwatorzy Unii Afrykańskiej, wspólnie z COMESA i IGAD, poinformowali, że nie stwierdzili dowodów na dosypywanie kart wyborczych, a głosowanie w odwiedzonych lokalach ocenili jako „spokojne”.

Szczególnie znamienny był wynik Museveniego w regionie Bugandy. Podczas gdy w 2021 roku region ten był zdominowany przez zwolenników Wine’a, tym razem jego poparcie spadło tam o 12 proc, wynika z analizy rządowego dziennika New Vision.

Zdaniem Dombo zmiana ta jest efektem działań rządu, który zajął się problemami wcześniej napędzającymi poparcie dla opozycji, w tym obawami dotyczącymi zawłaszczania ziemi. Przedstawiciel NRM podkreśla również skuteczniejsze przeciwdziałanie dezinformacji rozpowszechnianej przez opozycję.

Wybory w Ugandzie są z jednej strony przejawem konfrontacyjnego aktywizmu opozycji, której Bobi Wine jest twarzą, z drugiej – rezultatem przemyślanej strategii rządzącego NRM, wieloletniego doświadczenia politycznego oraz specyficznego kontekstu historycznego.

Kluczową rolę nadal odgrywają realia codziennego życia zwykłych obywateli oraz postawy pragmatyczne, a nie ideologiczna mobilizacja. Museveni, niegdyś określany mianem „afrykańskiego Bismarcka”, „latarni nadziei” czy „drugiego męża stanu Afryki” po Nelsonie Mandeli, wciąż cieszy się znacznym poparciem na obszarach wiejskich, stanowiących większość kraju.

Sprzyja temu zapewne niski poziom świadomości politycznej, lecz dla wielu Ugandyjczyków pozostaje on przede wszystkim przywódcą, który po krwawych rządach Idi Amina i Miltona Obote zapewnił krajowi względny pokój, rozbudował infrastrukturę, poprawił dostęp do energii elektrycznej i edukacji oraz ustabilizował państwo.

Zwłaszcza starsze pokolenie postrzega jego rządy jako gwarancję bezpieczeństwa i ciągłości. Do istotnych osiągnięć administracji Museveniego zalicza się również skuteczną walkę z HIV/AIDS oraz umocnienie pozycji Ugandy jako kluczowego partnera Stanów Zjednoczonych w walce z terroryzmem w Rogu Afryki.

Warto dodać, że badania Afrobarometru (afrobarometer.org) jasno pokazują, że znaczna część społeczeństwa przedkłada pokój i porządek nad konkurencję polityczną.

Opozycja oskarża prezydenta o autorytaryzm, represje, nepotyzm oraz systemowe fałszerstwa wyborcze. Bobi Wine, który określił wybory mianem „wojny”, a Museveniego nazywa „dyktatorem”, podczas wieców wyborczych występował w kamizelce kuloodpornej. Nie przedstawia on jednak spójnego programu politycznego dla zapowiadanej „nowej Ugandy”, co – zdaniem lokalnych komentatorów – stanowi jedną z jego największych słabości.

Tegoroczna kampania Wine’a została ponownie zdominowana przez hasła protestu i sprzeciwu wobec Museveniego, zamiast oferować spójny i szczegółowy plan przyszłości kraju. A przecież, jak zauważa inny z ugandyjskich komentatorów „przywódca budzi zaufanie poprzez klarowną wizję polityczną, a nie jedynie poprzez wspólne poczucie krzywdy”.

Jest też w postawie Wine’a coś z elementów swoistej autokreacji na politycznego męczennika, zwłaszcza w chwilach jego się ukrywania (to osobny temat). Poświęca większość wystąpień wyliczaniu „win Museveniego”, pozostawiajać wyborców z poczuciem gniewu wobec władzy, lecz bez jasnej odpowiedzi na pytanie, co sam zaoferowałby jako prezydent.

Wine wybiera strategię otwartej konfrontacji, co jasno widać w określeniach armii i instytucji państwowych mianem „przestępczych”. Taka postawa zdaniem niektórych, zraża potencjalnych sojuszników z „wewnątrz systemu” i Wine nie prezentuje się jako lider zdolny do pokojowej transformacji władzy.

Jak zauważa inny z komentatorów, „mimo autentycznego zaangażowania publiczny wizerunek Bobiego Wine’a, ukształtowany przez jego muzyczną przeszłość i osobistą historię, nigdy w pełni nie przekształcił się w wizerunek męża stanu” a „świadome używanie slangu, swobodny styl i tożsamość „prezydenta getta” nie przekładały się na powagę i stateczność jakiej szerszy elektorat oczekuje od głowy państwa”.

Od czasu przegranych kolejnych wyborów Bobi Wine pozostaje w ukryciu, wzywając zarazem swoich zwolenników do wyjścia na ulice. I tu nie brak głosów krytyki, iż przywództwo to nie wykrzykiwanie haseł, lecz branie odpowiedzialności i prowadzenie ludzi, a nie – jak zauważa jeden z komentatorów  „wystawianie cudzych dzieci na ryzyko” w imię własnych politycznych ambicji.

I choć postacie takie jak Bobi Wine mają symboliczne znaczenie dla młodych wyborców, to w ocenie Daniele Nyirandutiye, młode pokolenie coraz częściej dostrzega, że ich rola ogranicza się do mobilizacji ulicznej, a nie realnego przywództwa czy wpływu na politykę. A taki transakcyjny charakter zaangażowania pogłębia rozczarowanie zamiast wzmacniać poczucie sprawczości.

Dodaje ona, że „wiele krytycznych ocen prezydenta Museveniego i jego dorobku jest uzasadnionych. Jednak dopóki opozycja nie przedstawi wiarygodnej wizji „dnia po” i nie uspokoi klasy średniej, że zmiana zachowa stabilność, prezydent Museveni pozostanie, z braku alternatywy, jedyną realną opcją.

Ponad 70 proc. Ugandyjczyków bardziej obawia się niestabilności politycznej, niż pragnie szybkich zmian. I właśnie to pragmatyczne pragnienie stabilności wygrywa – zdaniem niektórych – pełne emocji i pytań, kolejne wybory…

Warto też dodać, iż Uganda nie doświadczyła pokojowego przekazania władzy prezydenckiej od czasu uzyskania niepodległości od brytyjskich rządów w 1962 r.

Podobne artykuły